Sound of silence…

Nie będzie niczym odkrywczym jeśli napiszę, że ostatnimi dniami Polska żyje śmiercią prezydenta Gdańska.

Od razu napiszę – niewiele o nim wiem, nic nie mam wspólnego, nawet do końca nie wiem jakie miał poglądy. Ot – kojarzę z twarzy z telewizora i to co widziałem tworzyło wizerunek spoko gościa.

Gdy podano w mediach, że został zaatakowany – cóż, nie znasz dnia ani godziny, możesz na siebie nie wiem jak uważać, a zawsze coś może się zdarzyć. Potkniesz się na ulicy, nieszczęśliwie uderzysz głową w chodnik i po tobie.

Ale mimo w sumie zupełnego braku więzi z zaatakowanym siedząc w kolejce do lekarza, gdy przeczytałem w telefonie, że jednak nie dał rady i odszedł – zwyczajnie po ludzku zakręciła mi się w oku łza i jakoś tak wszystkiego się odechciało. Zupełnie mi dotychczas obce uczucie, zrobiło się jakoś tak nijako…

 

Dziś trafiłem w sieci na te nagranie i zwyczajnie się poryczałem:

Reklamy

Zwierzątka.

Jak już pewnie wspominałem, eks ma jakieś dziwne podejście do zwierząt, bierze a potem się pozbywa albo same „odchodzą”.

Jak mieszkaliśmy razem mieliśmy psa, miałem wiele psów w życiu, ale ten był najukochańszy. Niestety, aby mi dopiec, gdy już byliśmy skłóceni, eks próbowała się pozbyć psa pod pretekstem agresywności. Tia…

Niemniej, jak byliśmy razem przez dom przewinęły się różne zwierzątka, jak się wyprowadzałem to zostały świnki, psa zabrałem. Co się stało ze świnkami – do tej pory nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć.

Później w domu eks pojawiały się różne stworzenia, pojawił się też na krótko pies. Jakieś dwa lata temu.

Przechodząc do sedna – kilka dni temu w czasie jazdy samochodem jakoś tak temat rozmowy z M zszedł na zwierzęta. Posmutniał i wyznał, że tęskni za tamtym psem „co go pan zabrał”. Kurczę, miał wtedy 4 lata! Powiedziałem, że na pewno pieskowi teraz jest dobrze, ale on powiedział, że nie jest. I powiedział to takim tonem, jakby wiedział, że z psem stało się coś złego. Popłakał się a i mi się oczy zaszkliły, bo przypomniał mi się mój pies 😦 Zmieniłem temat szybko na inny, ale wyryło mi się jak ten mały człowieczek uczuciowo podchodzi do takich rzeczy. Obiecałem mu, że jak będę mógł to będę miał pieska i ten piesek będzie również jego.

A z innej beczki – trochę ostatnio mam problemów zdrowotnych, a że eks ma do czynienia na co dzień z moimi dolegliwościami, to spytałem przy okazji co mam z tym zrobić. Byłem nie ukrywam bardzo zaskoczony, bo zaoferowała pomoc i faktycznie taką dostałem. Szok i niedowierzanie. Potrafi czasem ze mną jak z człowiekiem 🙂

Uf, dawno mnie nie było :-)

Tak w skrócie – żyję, tylko zapracowany jestem niestety.

Dlaczego niestety? Zrozumie ten co ma powiedzmy powyżej 40 lat i dużo pracy.

Do niedawna czas liczyłem dniami. Teraz liczę tygodniami, czas ucieka w niewyobrażalnym tempie.

 

Tak sobie liczę – do końca moich dni pozostało powiedzmy 1800 tygodni. Może trochę w tę, może we wtę, czy jak to się tam poprawnie pisze.

Niemniej te tygodnie lecą tak na pstryk. Dopiero co był tydzień 30, już jest 48, zaraz będzie któryśtamnapewnozaduży. Nadmieniam, że na punkcie tygodni mam lekką schizę, bo w pracy liczymy czas tygodniami planując produkcję. A ostatnio praca pierwszym domem mym jest 😦

 

Pojawiły się problemy zdrowotne (jak mówią – sport to zdrowie…). Powiem Wam – jak przez powiedzmy 40 lat życia nie wiedziałem co to lekarz, to teraz nadrabiam. I niestety nie mogę powiedzieć ani jednego dobrego słowa o naszej służbie (służbie???) zdrowia (zdrowia???). Te „organizacje” w teorii zajmujące się leczeniem powinny się nazywać nie NFZ, tylko UŻLKLAJCBZTIP (Udajemy Że Leczymy, Kasa Leci, A Jak Chcesz Być Zdrowy To Idź Prywatnie).

 

OK, zakończmy wyliczanki 🙂

Z M i K jest jak było, ciągle są jak byli a nawet trochę więcej. S z kolei ostatnio musi poświęcać swojej córce więcej czasu, tak wyszło.

Na razie tyle, jak wspomniałem na początku – daję tylko „dowód życia”.

Czas, czas, czas, coraz szybciej…

Ten post powinni zrozumieć ludziki 40+.

Dlaczego tak sądzę? Bo chyba do osiągnięcia wieku 40 lat nie czułem za bardzo upływu wieku.

Teraz mam już parę lat więcej niż wspomniane 40 i spostrzeżenia są niestety gorzkie…

Jestem już za połową wieku między rozpoczęciem kariery zawodowej a emeryturą (o ile dożyję, w co wątpię…). Jak pomyślę „łooo, jeszcze ponad 20 lat do emerytury” to jest spoko powiedzmy. Ale jak chwilę potem pomyślę „halo, już masz ponad 20 lat pracy zawodowej za sobą” to już nie jest tak fajnie. Przecież te 20 lat minęło ot tak, jak pstryknięcie palcami Thanosa…

Czasem przypominam sobie czasy studenckie, pierwsze miłości, pierwsze imprezy, pierwsze zawody sercowe, pierwsze przyjaźnie, pierwsze… wszystko.

Zdaje się jakby to było wczoraj, a przecież to było pół życia temu…

Czas zakasać rękawy i dopilnować, żeby kolejne „wczoraj” było zapamiętane. Nie przeze mnie. Przez innych.

3 dni :-D

Jak pisałem, eks poprosiła mnie czy mógłbym wziąć M do siebie na cały tydzień. Bo ona na tydzień wyjeżdża.

Nie mogłem, bo założyła, że w majówkę nie pracuję a było zgoła inaczej.

Ale mogłem go wziąć w niedzielę i odstawić rano w poniedziałek do przedszkola, a potem odebrać od babci w piątek co też zrobiłem.

I tak spędziliśmy sobie całe trzy dni i noce razem. Ogólnie było super, poza małymi, trochę nawet szokującymi, incydentami… Niejadek z M jest straszny, ja przyjąłem zasadę, że to co ma zrobione to należy zjeść (no chyba, że czegoś naprawdę nie lubi). Ale on niczego nie chce, bo „w domu jem kabanosy, tylko kabanosy!”. I mycie zębów. On nie będzie mył (a do niedawna u mnie mył, ma swoją pastę i szczoteczkę a nawet niedawno dostał elektryczną ode mnie do domu z motywem Gwiezdnych Wojen). Nie będzie mył, ponieważ mama i babcia powiedziały mu, że jak nie będzie mył, to mu ząbki wypadną i dostanie 5 złotych za każdy. Że kurczaki co??? Udało mi się go przekonać i wyjaśnić, że i tak mu wypadną, ale trochę łezek poleciało.

Nie podobają mi się coraz bardziej metody wychowawcze eks tylko za bardzo nie mam pomysłu jak to ugryźć.

Ale ogólnie było super, piękna pogoda, wypad nad morze, na grilla do którego dołączył też K.

 

In The Air Tonight!

A dzisiejszego wieczora post zupełnie inny niż poprzednie.

Nie wiem jaki rodzaj muzyki preferujecie. Ja w sumie nie mam konkretnego ulubionego wykonawcy.

Jednak w mojej pamięci wryły się nazwiska kilku ledwie piosenkarzy czy też nazw zespołów.

Daaaawno temu zaraziłem się Jean-Michelle Jarre’m. Słuchałem wszystkiego, jak jeszcze o CD marzyło 99% społeczeństwa w Polsce, gość mający dostęp do tego cudu techniki nagrywał mi płyty Jarre’a na kasety.

Mniej więcej w tym samym okresie przyszło zauroczenie OMD. A w zasadzie było już po obiedzie, bo jak się zauroczyłem to zespół już zakończył dawno współpracę. Petarda, świeżość i coś zupełnie nierealnego w szarej polskiej rzeczywistości. Niestety – Andy i Paul nie podźwignęli tematu i jak wspomniałem zespół odszedł w niepamięć.

Jakiś czas później w mojej dzielnicy otwarto sklep ze „wszystkim”, między innymi z oryginalnymi (tzn. tak nam się wówczas wydawało) kasetami firmy, której nazwa zaczynała się na TA i kończyła na KT. Wówczas dla nas dzieciaków wyznacznikiem oryginalności (choć nie było wówczas pojęcia piractwa) był naklejony hologram na pudełku. Kupiłem „Face Value” Collinsa i… wsiąkłem, zakochałem się… Rzeźbiłem tę kasetę w kółko, w kółko, w kółko…

Dziś, w dobie nowoczesnych technologii, puszczam sobie czasem sztandarowy kawałek z tej płyty, czyli In the Air Tonight. Ale tylko gdy jestem sam. Nie z prymitywnej kasety w marnej jakości. Nie z płyty CD, bo nawet nie mam takiego odtwarzacza. Puszczam sobie z cyfrowego źródła, w dobrej jakości, puszczony przez system stereo starej daty ale z dobrym, ciepłym dźwiękiem i zwyczajnie… ryczę w rękaw. Żaden inny kawałek nie wzbudza we mnie takich emocji, Collins wspiął się na wyżyny trącania odpowiednich strun emocji i równorzędnie odpowiedniego walenia w bębny…

Każdy z Was niejednokrotnie słyszał ten kawałek. W świetle i gwarze dnia. Ale zgaście wieczorem światło, wyłączcie wszystko inne, puśćcie sobie In The Air Tonight i zwyczajnie utońcie w nim…

Znów dr Jekyll i Mr Hyde…

Jak pisałem – umówiłem się z K co do kasy, eks wtrącała swoje 3 grosze. Olewałem aż dostałem e-maila od niej z żądaniem określenia ile i kiedy będę płacił synowi.

Bardzo grzecznie wyjaśniłem, że o ile się nie mylę, to pieniądze winny jestem synowi a nie jej. Że jest dorosły i to on decyduje co robić z pieniędzmi. Jak je dostanie to ani mi ani jej nic do tego co z nimi zrobi. Że K został przeze mnie uświadomiony, że jeżeli poczuje, że unikam oddania mu kasy to w każdej chwili może pójść do komornika.

Dodałem, że jej żądanie przelania pieniędzy na JEJ konto to niezły żart, posunięty dużo za daleko.

Ale skoro już zaatakowała, to przypomniałem (bo na bank nie pamięta o tym), że sama w sądzie kiedyś zeznała, że 3000 jakie dałem uznała za zwrot części mojego długu wobec K i jak chce wojować, to możemy odjąć tę kwotę od długu, a chyba nie chce.

Na końcu powtórzyłem po raz enty, żeby skończyła wojenki i podburzanie dzieci przeciwko mnie bo to nikomu nie służy.

Dzień później przysłała e-maila czy mogę wziąć w ten weekend M na noc… Hue hue… Pewnie, że mogę a z tego co usłyszałem to i on się ucieszył. Zapowiadało się fajnie bo piękna pogoda wystrzeliła, niestety… M trochę się pochorował i cały dzień siedzieliśmy w domu 😦

 

Kasa, kasa, kasa…

W zeszłym tygodniu odwiedził mnie K.

W końcu mieliśmy okazję porozmawiać o wyroku itd. Wyjaśniłem mu jak wygląda moja sytuacja finansowa i że nie mam skąd wyciągnąć naraz takiej gotówki. Powiedział sam z siebie, że mu się nie śpieszy i jak będzie potrzebował to da znać.

Ja tak nie chcę i wyjaśniłem mu, że wolę mu na początek dać powiedzmy 1/3 długu a resztę sukcesywnie spłacać, bo tak mi będzie łatwiej. Żeby potem za kilka miesięcy nie okazało się, że potrzebuje na coś od razu całość. Zgodził się ale powiedział, że „mama powiedziała, żebym ten dług przelał na jej konto”. ŻE CO??? Jednocześnie się zagotowałem i uśmiałem. Stanowczo powiedziałem, że absolutnie nie ma takiej opcji. K dostanie pieniądze na swoje konto a co z nimi zrobi to jego sprawa, jest dorosły. I tak się umówiliśmy.

Dwa dni później K znów był u mnie wraz z M. K od razu powiedział, że mama się nie zgadza i mam mu od razu całość oddać, bo „odda Ci część a potem będzie unikał oddania reszty”. Nosz kur…….. Zapewniłem, że ma się nie martwić i spytałem jak od chce to zrobić. Powiedział, że chce tak jak się umawialiśmy. Zasugerowałem, że ma w końcu postawić się matce bo jest dorosły i to on decyduje o wielu aspektach swojego życia, nie matka.

Wcześniej nie wspominałem o czymś K, bo nie widziałem w sumie potrzeby, ale uznałem, że w końcu może trochę go uświadomię (choć i tak wielu rzeczy dla jego dobra nie wie…). Spytałem skąd miał pieniądze na komputer. „No trochę moich, mama też dała i babcia”. No to go uświadomiłem, że ot tak, bez zupełnego powodu ani przymusu dałem matce 3000 PLN na niego i M. Potem w sądzie sama zeznała, że to część spłaty mojego długu wobec K i poszło to na komputer. Zdziwił się bardzo.

Potem oliwy jeszcze dolał M, to w końcu 5-letnie dziecko i mówi co słyszy i co myśli. „Tatuś, a mama się zdenerwowała na ciebie ostatnio i powiedziała, że ty masz dużo pieniążków a ona mało”. Tia… Uboga…

 

 

EDIT:/ I mała edycja – K pisze do mnie dzisiaj, że „mama się wkurzyła o te spłacanie i mogę tak zrobić jak JEJ podpiszę jakieś pismo”. No comments…

 

No i rozprawa o kasiorkę numer cztery.

Na wstępie od razu napiszę, że przegrałem. Może nie całkowicie, ale jednak.

Rozprawa zaczęła się standardowo „Wysoki sądzie, byłam ofiarą przemocy domowej” itd. Luz, choć mam już szczerze tego dosyć, wrócę do tego później.

Masa na dzień dobry zarzutów nie związanych ze sprawą, ale mających postawić mnie w złym świetle, unikałem podobno płacenia alimentów, mieszkanie kupiłem (z naciskiem na DEWELOPERSKIE!) ponoś za pieniądze „ukradzione” synowi itd….

Sędziowie wypytali o co chcieli. Doczytali się w jednym z pism rozwodowych, że mam dług u syna. De facto na koncie tych pieniędzy nie było, ale moralnie uważałem to za dług zarówno mój jak i eks bo przecież na głupoty dla siebie tego nie wydałem… No i ostatecznie zasądzili mi połowę kwoty, którą wówczas wpisałem do pisma sądowego.

Jak dla mnie niemała kwota, choć to i tak 15% tego co chciała eks. Dla jej wyliczeń sąd uzasadnienia nie znalazł bo i nie mógł.

Dodatkowo (i to mnie najbardziej wkurza) mam zapłacić za rozprawę pierwszej instancji oraz drugiej, łącznie ~500 PLN. Ot tak trzeba wziąć skądś kasę i wywalić w błoto.

Trudno, będę musiał z K pogadać jak on to widzi, bo nie mam takiej gotówki od ręki, nie mam za bardzo też skąd pożyczyć… Zobaczymy co wyjdzie.

Tak ostatnio rozmawiałem sobie z S o stosunku ojców alimenciarzy do dzieci. Usłyszałem, że za to jaki jestem wobec M i K to mnie eks powinna na rękach nosić. Oczywiście nie oczekuję jakichś szczególnych względów ze strony eks, ale mogłaby się jednak powstrzymać od szkalowania mnie kiedy i gdzie może.

Niedawno okazało się, że znajoma S pracuje z eks. Okazuje się, że eks ciągle o mnie gada, oczywiście przy każdej pierwszej lepszej okazji opowiadając jakim to ja ch… byłem i jestem. Tylko co ja mam z tym zrobić?

Rozprawa o kasiorkę numer cztery, ale za miesiąc.

Klasyka – awizo, stres, co tym razem.

Nie uwierzycie, ale dziewczyna na poczcie nawet mnie nie pyta o dowód osobisty, chociaż to pismo z sądu, w teorii tylko i wyłącznie do rąk własnych. Ona mnie już poznaje.

Co w sumie musi sobie myśleć? Same pisma z sądów, pewnie ch*** i kawał sk****.

Niemniej otwieram – czwarta sprawa o kasiorkę w drodze, rozprawa apelacyjna w marcu. Znów się będę musiał przekopać przez stertę wyliczeń i papierów, bo już zapomniałem :-/

A z drugiej strony jak trwoga to eks potrafi być milusia. O jaka milusia…

K wyjechał na 2 tygodnie, więc eks zabrakło pomocnika. No i oczywiście musi w drzwiach odbierać ode mnie M, wcześniej wyręczała się K.

Najpierw dostałem e-maila, czy mogę M w weekend wziąć 15 minut wcześniej niż zazwyczaj. Pewnie, że mogę, 15 minut nie robi różnicy. Ale skoro ona gdzieś wybywa to niech ona go przywiezie. OK, przywiezie.

Odwożę M, „słuchaj, a dało by radę jakbyś wziął M tak już po 9-tej?”. No dobra, i tak nie mam planów, więc spoko. „To przywiozę go, a tak za 2 tygodnie dałoby radę, żeby spał u ciebie?”. No da radę, znów nie mam planów, więc OK.Potrafi być milusia.

Lubię jak M jest u mnie, to pogodny i wesoły dzieciaczek. Ale ja też mam swoje życie, partnerkę, która czasem ma też plany. Więc żeby nie było za łatwo obiecałem sobie, że następnym razem choćbym nic nie planował po prostu odmówię, żeby dać eks poczucie, że nie jestem na każde zawołanie.