I co tu zrobić…

No i mam dylemat.

Jak pisałem w poprzednim poście, eks się wściekła za to, że pomyliłem (w sumie wina połowiczna, ona pisze często bez składu i ładu, przykład na końcu…) dni spotkań i korespondencja w temacie spotkań z M do mnie brzmiała jak poniżej:

  • Tylko wg ustaleń sądu;
  • W związku z tym jak przypada czwartek i piątek to też masz brać.
  • Jeśli nie pasuje, to proszę o zmienianie terminów w sądzie rodzinnym.

OK, nie widzę problemu (no dobra, widzę, ale nie u mnie).

A tu wczoraj przychodzi e-mail o treści jak poniżej:

Może zrobimy wtedy tak, że będziesz brać go co 2 weekend wtedy z nocowaniem. I jeszcze parę dni ferii i wakacji zamiast czwartków i piatków.

I co z tym począć? Najchętniej odesłałbym ją do sądu rodzinnego, sama chciała. No i trochę to burzy to do czego się przyzwyczaiłem. No i też nie chcę tańczyć jak mi zagra.

Z drugiej strony nie chcę być złośliwy, to ma być dobrze dla M.

Muszę się z tym przespać.

Oh shit, here we go again…

No, niedawno kolega spytał „a jak tam”. Wiadomo o co pytał, bo był w całe g***no ubabrany przez eks.

Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że całkiem spoko, uspokoiło się, odblokowała mnie na Messengerze, bo tak jest wygodniej niż mailem się porozumiewać.

I jakbym wykrakał.

Eks napisała, że nie będę się widział z M bo wyjeżdża z nim na egzotyczną wycieczkę i „wracam 20-go”. Tyle, że pisała, że wraca do pracy a nie z wycieczki a ja nie zrozumiałem.

19-go wyjechałem za miasto a ta nagle pyta (najpierw za pośrednictwem K) czy biorę M. Odpisałem, że nie, bo wyjechałem i nie mogę wrócić w ciągu kilku godzin. No i się chyba wściekła „to nic nowego, od teraz tylko widzenia wg ustaleń sądu, każde nieodebranie dziecka będzie zgłaszane, jeżeli coś wypadnie to ma być udokumentowane, od teraz blokuję cię na messengerze” itd. itp…

Cóż, nawet mi ciśnienie nie skoczyło, bo wiem, że to ja idę na większe ustępstwa. Biorę M do siebie jeśli tylko ona poprosi. Odwożę M o pół godziny później niż sąd zasądził z własnej woli, bo kiedyś przyznała w sądzie (skłamała, ale to inna sprawa…), że o zasądzonej godzinie nie ma jej jeszcze z pracy w domu. Przez 6 lat przypadki gdy nie mogłem wziąć do siebie M można policzyć na palcach jednej ręki, a nieuzasadnionych to nawet liczyć nie ma co, bo zer się nie liczy 🙂

Wcześniej czy później będzie potrzebowała pomocy z M, znając siebie nie odmówię, nie jestem mściwy… Ale karma wróci tak czy inaczej. W sumie, czy nie móc sobie znaleźć partnera od kilku lat to nie jest wystarczająca kara?

Drewniana!

Siemanko, witajcie na mym blogu!

Sorki, za dużo Ogińskiego 🙂

Muszę, ale to naprawdę muszę podzielić się z Wami super newsem…

Dziś mija 5 lat jak znamy się z S. PIĘĆ lat. A jakbym ją poznał kilka miesięcy temu!

W naszym przypadku „znamy się” oznacza tak naprawdę, że jesteśmy razem. Zagrało od pierwszego spotkania, wiedziałem, że to jest to. Ona chyba też…

Uwierzcie mi (jakby mi opowiadał tak o sobie to bym nie uwierzył), że przez te 5 lat nie było między nami ani jednego większego zgrzytu, kłótni, cichych dni. Nic takiego!

Wręcz przeciwnie – działamy jak naoliwiona i perfekcyjnie zaprojektowana maszyna, rozumiemy się, podobnie myślimy, ni z tego ni z owego wypowiadamy te same zdania. Co jest czasem trochę przerażające 🙂

Jesteśmy wobec siebie krytyczni, ale wyrozumiali. Jeśli jing czegoś nie wie to jang mu tłumaczy i w drugą stronę.

Ryj mi się śmieje 😀

Co ten wirus…

Hej hej hej, witajcie po dłuższej przerwie.

Znów mam melancholijny wieczorny dół.

Teoretycznie jest tak jak powinno być. Satysfakcjonująca praca (choć kosztująca koszmarną ilość zdrowia), świetna relacja z S, bardzo fajnie poukładało się z M i K.

Ale jak tak spojrzeć z boku, życie to jednak taki szablon. Pobudka, praca, zakupy, dom, kolacja, spanko.

Oczywiście przerywane różnymi aktywnościami, rozwijam coś o czym marzyłem od ćwierć wieku, spotykam się z synami. Na nich zawsze mam czas, na spotkania ze znajomymi czasu już brak najczęściej. Są ludzie, którzy pracują by żyć, ja chyba już żyję aby pracować. Próbuję z tym walczyć, ale poczucie obowiązku i odpowiedzialności jest mega dominujące niestety…

Ale nie o tym chciałem 🙂

Jak zapewne każdy z Was, im więcej lat na karku tym czas szybciej ulatuje między palcami. Kiedyś tydzień to była masa czasu, dziś mija jak mrugnięcie okiem. Dopiero co K niosłem do chrztu dziś to wielkie, 21-letnie chłopisko. „Niedawno oglądałem ten film”. Okazuje się, że te niedawno to 10 lat temu. Trochę to straszne, do człowieka dociera, że kres jest ledwie o kilka „filmów, które niedawno oglądałem” przede mną. Niby takie życie, ale jednak trochę nie bardzo mi się to widzi 🙂

W tym ferworze życia postanowiłem trochę zwolnić, gdzieś pojechać, coś zobaczyć. Zapłacone (dziękuję Ci S. za wsparcie), załatwione…

I nagle jeb – jakiś kuźwa wirus rozdaje karty. Wszystkie póki co plany idą w łeb. Za miesiąc miało coś być – przychodzi sms, że sorry, nie nasza wina, może we wrześniu.

Samolot w maju? Może tak, może nie, się pożyje (albo i nie), się zobaczy.

Wylot w listopadzie? No na razie tak, ale kto wie co będzie jutro.

Moja firma – niemała, zorganizowana. Wczoraj było wszystko OK. Dziś rząd nam zafundował wolne w szkołach i Bóg wie co jeszcze (nie mi oceniać czy dobrze zrobił czy nie). I nagle okazało się, że to może po prostu zepchnąć firmę z krawędzi klifu w przepaść.

Od czego zależy nasze życie? Co kieruje naszym losem? Na pewni nie my. Chyba czas zacząć żyć jakby jutra miało nie być. Za dużo widziałem wokół siebie ludzi, którzy żyli myślą o przyszłości i to zwyczajnie się nie udało.

Cześć i chwała Bohaterom.

Hej, dawno mnie nie było.

Zwyczajnie życie się rozpędza i niektóre rzeczy już nie są ważne, a stają się ważniejsze rzeczy z pozoru błahe…

Dziś rocznica rozpoczęcia Powstania Warszawskiego. Jak jeszcze 10 lat temu ktoś by mi powiedział, że będzie mnie to jakoś szczególnie interesowało, to bym się tylko w czoło popukał. Dzisiaj to co innego – inne życiowe priorytety, inne wartości.

Dziś o 17-tej zawyły syreny, M zapytał co to takiego. Opowiedziałem mu co działo się jak jeszcze ani taty ani mamy nie było na świecie, dziadkowie i babcie były albo małymi dziećmi albo też ich jeszcze nie było. Pokazałem mu zdjęcia i filmiki z internetu. Opowiedziałem jak dorośli i dzieci oddawali życie za Polskę. Starałem się to przekazać w formie dobrej dla 7-latka. Myślę, że zrozumiał, z tego co dopytywał wychodzi, że ma świadomość tego, że mamy własny niepodległy kraj. Starałem się też ukryć przed nim, że mi się po ludzku oczy szkliły jak opisywałem co w 1944 roku miało miejsce.

Co by nie pisano i mówiono o Powstaniu – nasze pokolenie mogłoby jedynie buty czyścić ludziom z tamtych czasów. Inne wartości, inne priorytety. Cześć i chwała Im, często też dzieciom…

Z „dziennikarskiego” obowiązku wspomnę tylko, że dopiero co przyszedł list z kurii w temacie wniosku eks o unieważnienie małżeństwa. Oczywiście odwołanie nie miało sensu, sąd kolejnej instancji podtrzymał zdanie, że nie ma podstaw do takiego unieważnienia. Więc dla kościoła jesteśmy ciągle mężem i żoną 😛

Nie byłbym sprawiedliwy jeśli nie wspomniałbym, że przez ostatnie kilka miesięcy zwyczajnie udaje mi się z eks dogadać. Nie ma żadnych tarć, nie atakuje mnie a przynajmniej nic o tym nie wiem.Wręcz przeciwnie – jest miło, jak się sporadycznie widzimy to atmosfera dość przyjazna, przynajmniej tak to wygląda. Git, nie narzekam…

Pieseł, koteł…

Siedzę sobie, czytam książkę, koteł się na mnie gapi…

 

Tęsknię do psiaka. Tak zwyczajnie do tej interakcji ze zwierzakiem, gdy przyjdzie, pobawi się, a w chwili doła zwyczajnie intuicyjnie pocieszy jakimś zabawnym zachowaniem.Kot tego „czegoś” nie ma.

Tęsknię za swoim psiakiem, miał swoje wady ale to był mój najwierniejszy przyjaciel.

Za niespełna trzy tygodnie zlecą dwa lata jak nie ma mojego psiaka wśród żywych istotek. A ja ciągle na wspomnienie tego zwierzaczka mam łzy w oczach…

Na razie ze względów zawodowych nie mogę mieć psa. Mój tryb życia byłby niefajny dla takiego stworzenia jak pies.

Ale obiecałem sobie jedno – jeśli tylko będę miał możliwość wziąć psa i się z nim zestarzeć – nie będę się zastanawiał ani minuty. I wiem nawet jakie dostanie imię. I już się nie mogę doczekać…

 

Sound of silence…

Nie będzie niczym odkrywczym jeśli napiszę, że ostatnimi dniami Polska żyje śmiercią prezydenta Gdańska.

Od razu napiszę – niewiele o nim wiem, nic nie mam wspólnego, nawet do końca nie wiem jakie miał poglądy. Ot – kojarzę z twarzy z telewizora i to co widziałem tworzyło wizerunek spoko gościa.

Gdy podano w mediach, że został zaatakowany – cóż, nie znasz dnia ani godziny, możesz na siebie nie wiem jak uważać, a zawsze coś może się zdarzyć. Potkniesz się na ulicy, nieszczęśliwie uderzysz głową w chodnik i po tobie.

Ale mimo w sumie zupełnego braku więzi z zaatakowanym siedząc w kolejce do lekarza, gdy przeczytałem w telefonie, że jednak nie dał rady i odszedł – zwyczajnie po ludzku zakręciła mi się w oku łza i jakoś tak wszystkiego się odechciało. Zupełnie mi dotychczas obce uczucie, zrobiło się jakoś tak nijako…

 

Dziś trafiłem w sieci na te nagranie i zwyczajnie się poryczałem:

Zwierzątka.

Jak już pewnie wspominałem, eks ma jakieś dziwne podejście do zwierząt, bierze a potem się pozbywa albo same „odchodzą”.

Jak mieszkaliśmy razem mieliśmy psa, miałem wiele psów w życiu, ale ten był najukochańszy. Niestety, aby mi dopiec, gdy już byliśmy skłóceni, eks próbowała się pozbyć psa pod pretekstem agresywności. Tia…

Niemniej, jak byliśmy razem przez dom przewinęły się różne zwierzątka, jak się wyprowadzałem to zostały świnki, psa zabrałem. Co się stało ze świnkami – do tej pory nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć.

Później w domu eks pojawiały się różne stworzenia, pojawił się też na krótko pies. Jakieś dwa lata temu.

Przechodząc do sedna – kilka dni temu w czasie jazdy samochodem jakoś tak temat rozmowy z M zszedł na zwierzęta. Posmutniał i wyznał, że tęskni za tamtym psem „co go pan zabrał”. Kurczę, miał wtedy 4 lata! Powiedziałem, że na pewno pieskowi teraz jest dobrze, ale on powiedział, że nie jest. I powiedział to takim tonem, jakby wiedział, że z psem stało się coś złego. Popłakał się a i mi się oczy zaszkliły, bo przypomniał mi się mój pies 😦 Zmieniłem temat szybko na inny, ale wyryło mi się jak ten mały człowieczek uczuciowo podchodzi do takich rzeczy. Obiecałem mu, że jak będę mógł to będę miał pieska i ten piesek będzie również jego.

A z innej beczki – trochę ostatnio mam problemów zdrowotnych, a że eks ma do czynienia na co dzień z moimi dolegliwościami, to spytałem przy okazji co mam z tym zrobić. Byłem nie ukrywam bardzo zaskoczony, bo zaoferowała pomoc i faktycznie taką dostałem. Szok i niedowierzanie. Potrafi czasem ze mną jak z człowiekiem 🙂

Uf, dawno mnie nie było :-)

Tak w skrócie – żyję, tylko zapracowany jestem niestety.

Dlaczego niestety? Zrozumie ten co ma powiedzmy powyżej 40 lat i dużo pracy.

Do niedawna czas liczyłem dniami. Teraz liczę tygodniami, czas ucieka w niewyobrażalnym tempie.

 

Tak sobie liczę – do końca moich dni pozostało powiedzmy 1800 tygodni. Może trochę w tę, może we wtę, czy jak to się tam poprawnie pisze.

Niemniej te tygodnie lecą tak na pstryk. Dopiero co był tydzień 30, już jest 48, zaraz będzie któryśtamnapewnozaduży. Nadmieniam, że na punkcie tygodni mam lekką schizę, bo w pracy liczymy czas tygodniami planując produkcję. A ostatnio praca pierwszym domem mym jest 😦

 

Pojawiły się problemy zdrowotne (jak mówią – sport to zdrowie…). Powiem Wam – jak przez powiedzmy 40 lat życia nie wiedziałem co to lekarz, to teraz nadrabiam. I niestety nie mogę powiedzieć ani jednego dobrego słowa o naszej służbie (służbie???) zdrowia (zdrowia???). Te „organizacje” w teorii zajmujące się leczeniem powinny się nazywać nie NFZ, tylko UŻLKLAJCBZTIP (Udajemy Że Leczymy, Kasa Leci, A Jak Chcesz Być Zdrowy To Idź Prywatnie).

 

OK, zakończmy wyliczanki 🙂

Z M i K jest jak było, ciągle są jak byli a nawet trochę więcej. S z kolei ostatnio musi poświęcać swojej córce więcej czasu, tak wyszło.

Na razie tyle, jak wspomniałem na początku – daję tylko „dowód życia”.

Czas, czas, czas, coraz szybciej…

Ten post powinni zrozumieć ludziki 40+.

Dlaczego tak sądzę? Bo chyba do osiągnięcia wieku 40 lat nie czułem za bardzo upływu wieku.

Teraz mam już parę lat więcej niż wspomniane 40 i spostrzeżenia są niestety gorzkie…

Jestem już za połową wieku między rozpoczęciem kariery zawodowej a emeryturą (o ile dożyję, w co wątpię…). Jak pomyślę „łooo, jeszcze ponad 20 lat do emerytury” to jest spoko powiedzmy. Ale jak chwilę potem pomyślę „halo, już masz ponad 20 lat pracy zawodowej za sobą” to już nie jest tak fajnie. Przecież te 20 lat minęło ot tak, jak pstryknięcie palcami Thanosa…

Czasem przypominam sobie czasy studenckie, pierwsze miłości, pierwsze imprezy, pierwsze zawody sercowe, pierwsze przyjaźnie, pierwsze… wszystko.

Zdaje się jakby to było wczoraj, a przecież to było pół życia temu…

Czas zakasać rękawy i dopilnować, żeby kolejne „wczoraj” było zapamiętane. Nie przeze mnie. Przez innych.